Strzelanka



Fluxbox i zautomatyzowanie ustawiania tapety

Nic w zasadzie odkrywczego ale podziele się ze światem tym, jaki jestem mądry. Fluxbox jak wiadomo jest małożernym środowiskiem graficznym linuxa. Z tej całej małożerności wynika toporność pewnych rozwiązań, które na windowsie rozwiązuje się zwykle dwuklikiem. Postaram się tu opisać swoje rozwiązanie, jak dwuklikiem, w troche mniej topornym menedżerze plików, jakim jest gnome-commander, rozwiązać kwestię pt. 'ustawienie tapety', tak aby uruchamiała się za każdym następnym startem systemu. Jak może już wiadomo, fluxbox odpala podczas swojego startu wszystko co znajduje się w jego pliku

~/.fluxbox/startup

Tam zwykle mieściły się wpisy na kształt

fbsetbg -c tapeta.jpeg &

co ustalało nam tapetę. Teraz powyższy wpis zastąpimy takim oto

sh ~/.fluxbox/wallpaper.sh

Samego pliku wallpaper.sh nie ruszamy, gdyż będzie się to działo samo. Ha!
Tworzymy za to drugi plik, który ja osobiście wymyśliłem sobie, aby nazywał się:

tapeta.sh

W nim ląduje takie coś:

echo "fbsetbg -c $1" > ~/.fluxbox/wallpaper.sh
fbsetbg -c $1

$1 jest tu zmienną która jest argumentem skryptu tapeta.sh, a konkretniej ścieżką do obrazka, który ma być tapetą.
Pierwsza linijka wysyła to co w cudzysłowiach do pliku wallpaper.sh, który wywoływany jest na każdym starcie fluxboxa, dzieki czemu tapeta będzie ustawiana za każdym następnym startem. Żeby jednak nie czekać na następny start, a już teraz zobaczyć efekty zmiany tapety, druga linijka ustawia ją w także w tej chwili. Teraz tylko wystarczy w swoim menedżerze plików skojarzyć akcję ustawiania tapety z typem obrazków, a konkretnie jej polecenie wyglądać będzie tak:

 ~/.fluxbox/tapeta.sh

Domyślnie po ścieżce do programu argumentem jest ścieżka do obrazka więc jakby dodać 2+2 to okazuje się, że wszystko jest jasne i super logiczne, i oczywiste. Tym samym można sobie już zmieniać beztrosko tapety. Rozwiązanie to nie toleruje spacji w nazwach plików, więc posiadania takich nie polecam.

Wspomaganie w 125p

Po roku gadania zamiast robienia zacząłem robić zamiast gadać. Prawie uciałem fleksą przewody paliwowe a samemu sobie ręke, ale w końcu wszystko zostało posadzone na swoim miejscu. Zadziałało z pierwszego kopa! Drugi fiat 125p w mieście (o którym wiem) ze wspomaganiem kierownicy.

img_1094.jpgimg_1095.jpgimg_1096.jpgimg_1097.jpgimg_2012.jpgimg_2013.jpgimg_2014.jpgimg_2016.jpg

Każdy cygan ma pięknego…

ЮПИТЕР-37A 3,5/135



Szambonella i Żygfryd

Całkiem nie tak dawno temu, w roku 1976 we wsi Pcim położonaej w województwie małopolskim, w powiecie myślenickim, żyło sobie dwoje młodych ludzi. Na imie było im Szambonella I Żygfryd. Mieszkali na obrzeżu wsi, głęboko w sosnowym lesie, gdzie spacerowali codziennie delektując się urokiem ciszy I spokoju, które oferowało im zawsze to miejsce. Zdala od hałasu, ulicznego ruchu, w sielance oraz harmonii. Ich głów nie zaprzątały również żadne zmartwienia I wydarzenia ze świata, gdyż żyli bez telewizora, telefonów oraz komputerów. Jedynymi mediami jakie posiadali w swej leśnej chatce był stary, lampowy radioodbiornik. Urozmaicało ono ich z pozoru nieciekawe życie muzyką, odbieraną na długich falach przy pomocy rozpiętego na całą szerokość sosnowego lasu kabla, który służył za antenę dipolową. Poprawiała zasięg odbiorczy radia na tyle, że bez problemu nastrajali radio na fale rumuńskich rozgłośni, z których to nadawano najlepsze kawałki tamtejszych list przebojów, takich wykonawców, jak Tassiorkesteri Lossmies, których to kawałki w owych czasach dominowaly większość międzynarodowych list przebojów.
Żygryd był wysokiej postury mężczyzną, dobrze zbudowanym, o ciemnobrązowych włosach, lekko wybrakowanych przy czole, z powodu codziennego przedzierania się przez zarośla sosnowego lasu, a jego twarz na brodzie zdobiła rudego koloru broda. Z wykształcenia był myśliwym oraz myślicielem i filozofem. Zawsze dużo, za dużo myślał, na zlecenie I bez zlecenia z resztą też. Myślał do tego stopnia że czasem zapominał jak się nazywa I nie wiedział która jest godzina, oraz jaki jest sens jego życia. W takich sytuacjach zerkał na naszywki, które do rękawów kurtki przyszyła mu Szambonella, na których miał napisane kim jest, po co żyje, oraz wyrysowaną drogę do domu, gdyby kiedyś podczas przemierzania sosnowego lasu, zdarzyłoby mu się zabłądzić.
Samo przemierzanie lasu przez Żygfryda nie było bezcelowe. Oprócz niewątpliwej przyjemności, jaką było delektowanie się otaczającą fauną, śpiewem ptaków, szumem sosnowego lasu, było kolejne codzienne zajęcie Żygfryda. Myślistwo! Codziennie o 6 nad ranem, albo I wcześniej, Żygfryd zostawiał, drzemiącą słodko, na wspólnym łożu, Szambonellę, ubierał się, zabierał broń I wyruszał na poranne polowanie, albowiem ludzie ci, żywili się głównie tym, co oferowała im natura. Las, ogródek, pobliskie jeziorko. Z polowań przynosił zwykle ustrzelone z ASG ślimaki, na których to potem Szambonella na śniadanie smażyłą autorską jajecznicę. Ale to nie koniec ich jadłospisu. Nasza para, lubowała się również w grzybach, które latem oferował im ich las. Zabierali wtedy ze sobą wysoce wyspecjalizowane scyzoryki oraz wikliniane koszyki, I udawali się razem na grzybobranie, z którego trofeów następnie Żygryd przyrządzał swój kulinarny specjał dla Szambonelli. Była to zupę grzybowa, którą jedząc zagryzało się grubą pajdą pysznego, świeżego, wiejskiego chleba, po ktorego zapasy jeździli co tydzień do pobliskiej wsi. Wiedzę na temat sposóbu jej przyrządzania Żygfryd przejął od swojej babci. Był to pilnie strzeżony sekret, w rodzinie Żygfryda, przekazywany z pokolenia na pokolenie.
Oprócz lasu, który żywił ich we wcześniej wspomiany sposób, Szambonella I Żygfryd, przy swojej chatce posiadali ogródek, w którym hodowali całą różność, owoców I warzyw, którymi żywlili się zależnie od pory roku. Mieli tam grządki z ziemniakami, sałatą, marchwią, fasolą, groszkiem oraz owocowe drzewa, z których latem zrywali jabłka gruszki, I śliwki, i przyrządzali z nich różnego rodzaju kompoty oraz sałatki warzywne. Żygfryd szczególnie  największym uwielbieniem darzył grochówkę Szambonelli. W całej swej miłości w ten sposób dawanej, musiała wieczorami znosic ból miłości towarzyszący, gdyż Żygfryd szybko przetrawiał ową zupę, i kołdra którą nakryte było ich łoże, falowała wraz z wiatrami jakie pod nią przemykały psotliwie. Przyprawiając naszych bohaterów mimo wszystko częściej o uśmiechy na twarzach aniżeli zgorszenie.
Szambonella, była kobietą średniego wzrostu, o długich ciemnobrązowych, włosach, które owiewały jej głowę, ilekroć spacerowała beztrosko i boso rankiem po łące, zrywając kwiaty, co często Żygfryd, będąc na polowaniach, z ukrycia lasu i jerzynowych, kłujących go w dupę chaszczy, podziwiając, dostawał nierzadko palpitacji serca, widząc ten widok. Miała ona piękne piwne oczy, które przy świetle zachodzącego słońca mieniły się zapierającym dech żywym blaskiem. Ubrana była ona zwykle w długie spódnice, nad którą wisiały zwykle luźne kolorowe bluzki z rękawami szerokimi I dłuższymi niż jej obie ręce razem wzięte. Wyruszając w sosnowy las, w trosce o swoje włosy, zawsze zawijała głowę zieloną jedwabną hustą, celem ochronienia ich przed często spotykanymi pajęczynami, rozwieszonymi pomiędzy drzewami lasu, i dopieprzeniu Żygfrydowi, gdyż zdawała sobie doskonale sprawe, jaki ma na niego wpływ. Niezależnie od pory roku, zawsze na swych stopach nosiła klapki japonki. Zapewniały jej niebywałą wygodę I komfort, a w dodatku umożliwiały natychmiastowe wyjęcie nogi, gdy będąc w lesie, zachciałoby się jej porzucać leżącymi nieopodal jej szyszkami używając przy tym wyłącznie jakże chwytnych palców stóp, które to Szambonella posiadała.

Ilekroc Żygfryd po wieloletniej już znajomości sądził, że zna Wybrankę swego serca do tego stopnia, że może przewidziec jej zachowanie w danej chwili, ta zawsze zaskakiwała go czymś niezwykłym. Czasem to głupią miną,  innym razem, dziwnym zachowaniem, albo  nową fryzurą i kompozycją kolorów włosów. Zawsze miała niespokojną, chaotyczną naturę. Podobnie z resztą jak sam Żygfryd lecz w nieco odmienny sposób. Częstokroc dostawal bęcki od swej wybranki, gdy to wracał z polowania z pustymi rękami, lub nie wytarłwszy butów prosto z wejściowych drzwi do chatki, udawał się wprost do kuchni, chcąc zasmakowac ślimakowej jajecznicy wnosząc gnój z pola na odłogę przyprawiając tym samym Szambonellę o kolejne siwe włosy i choc wiecznie go upominała i tyrała, on i tak zawsze robił to zapominając o bożym świecie.

Ich chatka utrzymana była w stylu lekko jamajskim, lecz totalnie indyjskim. Nie trudno było znalezc ogrom koralikowych gadżetów, wiszących gdzie się da, czy to zasłony na drzwi, czy też różnego rodzaju ręczne ozdoby wiszące poprostu wszędzie. Wszystko to za sprawą łatwego dostępu do surowca. Południowa częśc sosnowego lasu, sąsiadująca z łąką wystawiona była na intensywne działanie słońca, stąd drzewa wytapiały masowe ilości żywicy, z których to Żygfryd przynosił codziennie, różne ilości skrawków, z których potem oboje wyrabiali piękne, o rozmaitych kształtach, błyszczące w słońcu koraliki. Szambonella była szczególnie uzdolniona w temacie ręcznych robótek.  Same koralikowe wyroby to nie wszystko. Nie sztuką ogólnie było dla niej wytworzyc przysłowiowe coś z niczego. Sama własnoręcznie tkała zasłony na okna chatki. Samodzielnie wyszydełkowała wszystkie swoje koronkowe stringi, które również przyprawiały Żygfryda o podwyższone ciśnienie, nie mówiąc już o bezproblemowym zabiegu jakim było dla niej skracanie żygfrydowi nogawek u spodni. Oprócz wcześniej wspomnianych uzdolnień, nasza bohaterka miała również kilka innych zapędów. W całym ich dobrodziejstwie były one dla Żygfryda bolesne, gdy to jego kobieta upiększała jego twarz z niepotrzebnych produktów przemiany materii, pryszczy i wągrów, maskarując ją po całości swymi paznokietkami. Ten również chciał jak tylko mógł odwdzięczyc się za te szczere dobrodziejstwa które ona mu oferowała. Lecz w temacie estetyki, za co by się nie zabrał, szybko stwierdzał, że nie ma nic do roboty. Taki był jego w całym niewątpliwym szczęściu, nieszczęśliwy los. Ten jednak nie poddawał się i wynajdywał na jej plecach pryszcze które by to chciały ukryc sie przed swiatlem dziennym zapadajac sie pod nikle warstwy tłuszczyku.

W polu

elo 55/1.4 + 1.6

Fabryka benzyny w Policach, elo 0.8









Fiatem na miasto